Wpisy

Legia.sport.pl / Przekujemy to na coś wielkiego

Bartłomiej Kubiak, Michał Zachodny: Oglądał pan mecz z Borussią Dortmund po raz drugi?

Jacek Magiera: Tak, od razu w hotelu, następnie w samolocie i w czwartek jeszcze raz w klubie, z analitykami.

I jak – zmieniło się postrzeganie?

– Ono zawsze się zmienia. Zawsze jest inne patrząc z ławki, a inne z widoku telewizyjnych kamer. W tym drugim wypadku widać wszystko jak na dłoni. Choćby to, z jak świetnym rywalem przyszło nam się mierzyć. Dla nas każdy mecz w Lidze Mistrzów jest bezcenny. To lekcja, z której musimy wyciągać wnioski. I wierzę, że wyciągniemy. Już wyciągamy.

Co by pan zmienił, gdyby mógł rozegrać mecz z Borussią jeszcze raz?

– Nic, postąpiłbym tak samo. Chcę być trenerem Legii dłuższy czas, dlatego na ten mecz patrzę w szerszej perspektywie. Poza tym, jeśli chcesz się rozwijać, zawsze musisz dostrzegać tę perspektywę. OK, gdybym wybrał defensywną taktykę – bronilibyśmy się dziesięcioma piłkarzami – to może zremisowalibyśmy 0:0. Wtedy nie widziałbym jednak wielu rzeczy, które zobaczyłem po tak otwartym spotkaniu.

Jakie są to wnioski?

– Jest ich mnóstwo: jak rozgrywać, jak odrabiać, jak zachowywać się pod pressingiem. Zobaczyłem, jak drużyna reaguje, kiedy przegrywa trzema bramkami. Jak czuje się mentalnie, kiedy przy wyniku 3:6 zakłada wysoki pressing. To był szalony mecz, nie raz wychodziliśmy cało z trudnych momentów. Poza tym, powiedzcie mi, ile razy wcześniej mieliśmy możliwość grać z takim przeciwnikiem?

Na takim poziomie intensywności – niewiele.

– Intensywności, potencjału, zagrań na milimetry… Ani razu nie graliśmy z kimś takim w ekstraklasie. A w Dortmundzie nie było przypadku. Popatrzmy na ich pierwszego gola – na zagranie Dembélé za linię obrony – będąc przy linii, wydawało mi się, że popełniliśmy błąd w tej sytuacji, ale później zobaczyłem powtórki. Przecież to była perfekcja! Spójrzcie [Magiera wskazuje na palce prawej ręki], to jest zawodnik Borussii: ma szybkość, wytrzymałość, technikę, inteligencję, mentalność. A to jest zawodnik Legii: jest wytrzymały, ale nie ma takiej szybkości. Albo ma przyspieszenie, a brakuje mu rozumienia gry, bo nie wszedł na wyższy poziom.

Borussia ma piłkarzy z pięcioma składnikami, my łączymy takich, którzy mają dwa, trzy, może cztery. Nie obrażam teraz naszych zawodników, tylko stwierdzam fakt. To nie przypadek, że Borussia może sobie na takich pozwolić. Ale my chcieliśmy nawiązać walkę. Pokazać, że można. Teraz chcemy przenieść to na polską ligę. Bo co z tego, że w ekstraklasie potrafimy dominować? Pokażmy w niej też jakość, intensywność, grę na dwa, trzy kontakty… Dlaczego piłkarze Borussii potrafili nam w 92. minucie strzelić jeszcze jednego gola?

Bo kolejny raz podkręcili tempo.

– Bo grają do końca. Taka typowa niemiecka maszyna. Ale chcemy tego też u siebie. Dlatego bardzo cieszę się z tego meczu.

Nie ma pan poczucia wstydu, że drużyna straciła osiem goli?

– Mam się wstydzić, że jestem od kogoś słabszy?

To jednak pewne zakrzywianie rzeczywistości – Legia straciła osiem goli. Po meczu widzieliśmy dwie twarze: jedna to piłkarze ofensywni, którzy wychodzili z szatni dumni i zadowoleni z siebie, druga – defensywni, którzy wyglądali na załamanych.

– Dlatego też chcę zmienić mentalność. Nikt nie może cieszyć się po meczu i myśleć „co to nie ja!”. Liczy się Legia: przód koszulki – herb jest ważniejszy od nazwiska, które jest na plecach. Musimy podchodzić do tego jak w Borussii. Gdy trener Tuchel zmienił dziewięciu zawodników w składzie w porównaniu do poprzedniego meczu, to na trybunach nikt nie robił afery, że grają rezerwowi. Kibice wiedzieli, że każdy będzie walczył o skład. U nas już dwie zmiany wywołują szok i oburzenie.

Ale tam dwudziesty piłkarz w kadrze ma wszystkie pięć składników, o których pan mówi.

– Na pewno, ale i tak biegali jak wygłodniałe psy za jedzeniem. Spójrzmy jak grali. Wróćmy do pierwszego gola. Najpierw na ławce powiedziałem, że Bereszyński się spóźnił, że Cierzniak mógł wyjść do piłki. W powtórkach widziałem, że nie było szans. Drugi gol? OK, nasz błąd – mamy piłkę, stoperzy są szeroko, za daleko od siebie, ktoś przegrywa pojedynek główkowy. Trzeci gol? Rzeczywiście Radek powinien złapać piłkę. Potem była nasza kapitalna akcja na 2:3…

… kiedy Bereszyński wycofał piłkę do Prijovicia. Takich akcji z wycofywaniem piłki spod linii końcowej było ostatnio dużo w waszej grze – strzelaliście tak gole np. w Białymstoku.

– I będzie ich jeszcze więcej! A po tym trzecim golu Borussii była poprzeczka Prijovicia, po której poszła kontra gospodarzy na 4:2. Wszystko mogło się jeszcze inaczej potoczyć. Zgadzam się z tym, co powiedział Tuchel po meczu. Że to był surrealistyczny mecz. Był, ale ja nie mam z tym problemu.

Zupełnie bez presji podchodzi pan do tej Ligi Mistrzów.

– Inaczej nie można. Patrzę na to z perspektywy następnych lat. Choć już teraz mogę powiedzieć, że do meczu ze Sportingiem podejdziemy inaczej. Portugalczycy są faworytem, ale fakty są takie, że mamy jeden punkt i możemy przy zwycięstwie awansować do Ligi Europy. A tam po takich doświadczeniach jakie teraz zdobywamy, moglibyśmy coś ugrać.

W Dortmundzie po meczu powiedział pan piłkarzom: „jeszcze tu wrócimy, mądrzejsi”. Trochę jednak oczekiwaliśmy tego przed meczem. Oczekiwaliśmy, że Legia będzie spójna, bardziej agresywna w defensywie, ale też zdolna wyprowadzać składne kontry.

– Też tego oczekiwaliśmy, lecz na boisku zderzyliśmy się z inną rzeczywistością. To jeszcze nie nasz poziom. Zresztą oczekiwać to jedno, drugie – zrobić. Tak jak mówię, ze Sportingiem na pewno zagramy w sposób bardziej wyrachowany, bo to w Europie jest kluczowe.

Są drużyny, które mogą sobie pozwolić na bronienie piątką czy mniejszą liczbą graczy. Ale nawet Real czy Borussia, grając z nami w ten sposób miały problemy. W naszej ofensywie było wiele pozytywów. Ale w obronie też wielokrotnie zamykaliśmy rywalom możliwość rozegrania przez środek, spychaliśmy ich do boków. Ale tam jest taka wymienność funkcji, że potrzeba naprawdę dużo czasu, by się tego wszystkiego nauczyć. Nie cieszę się, że przegrałem mecz, straciłem osiem goli – nienawidzę tego. Ale wiem, że przekujemy to na coś wielkiego.

Patrząc na to, jak gra Legia po pana przyjściu, można stwierdzić, że trener zaczął budowę swojej drużyny na odwrót od przyjętych standardów: od ofensywy, a nie gry w obronie. I w dziesięciu meczach, w których prowadził pan zespół, Legia straciła 24 gole, tylko dwa razy zachowała czyste konto.

– Cały czas nad tym pracujemy. Piłkarz jednak musi być uśmiechnięty, zadowolony, bo wtedy jest kreatywny. Dlatego tyle poświęcamy czasu rozegraniu, budowaniu akcji. OK, ktoś powie , że to szalony sposób, ale dla mnie to również, a może przede wszystkim, patrzenie przez pryzmat kolejnych lat. W defensywie damy sobie radę. Jestem o to spokojny, że będziemy tam grać równie skutecznie jak w ofensywie. Ale nie traktujmy meczów w Europie tak samo jak tych w ekstraklasie

Ligę Mistrzów wstawia pan w nawias, postrzega inaczej?

– Jeśli na dwóch telewizorach włączymy równocześnie mecz ligi polskiej i np. niemieckiej, to odniesiemy wrażenie, że w tym drugim wypadku spotkanie skończy się dziesięć minut wcześniej, że obraz jest przyspieszony. Chcę jednak dążyć do tego, by Legia była przedstawicielem ligi zagranicznej występującym w ekstraklasie. By to była drużyna europejskiego formatu, bo wierzę, że dzięki temu podniesiemy też poziom innych drużyn w Polsce. Taka jest naturalna kolei rzeczy. Ktoś może się z nas teraz śmiać, że dostaliśmy od Borussii osiem bramek. Pewnie inne zespoły z ekstraklasy na naszym miejscu zagrałyby inaczej – bardziej defensywnie – ale ja wolałem zrobić to tak. Może w sposób szalony, ale i tak będę się trzymał swojego zdania.

Wiosną Legii może być trudniej się rozwijać, bo tych meczów uczących was intensywności albo będzie mniej, albo nie będzie wcale.

– Zależy to wyłącznie od nas. Jeśli przekujemy to na nasze myślenie, to się uda. Jeśli jednak będziemy uważać, że wygrywanie w Polsce jest łatwe, to znów będziemy mieli problem, także później w Europie. Musimy dostosować się do poziomu drużyn z którymi graliśmy w Lidze Mistrzów. Mamy system GPS, który mierzy intensywność z jaką biegają nasi piłkarze. Pokazujemy zawodnikom, jakie są różnice biegowe między ekstraklasą, a Ligą Mistrzów.

I jakie są?

– Duże, ale jakie dokładnie – czy to jest 20, czy 50 proc. – trzeba by się było spytać Sebastiana Krzepoty [trener Legii od przygotowania fizycznego], nie chcę wam teraz wciskać kitu.

Czyli w Lidze Mistrzów piłkarze Legii potrafią podnieść tempo?

– Tak, tam gra się szybciej, ale jak się okazuje my też tak potrafimy. Teraz zależy mi na tym, by przenieść to na mecze w Chorzowie czy w Niecieczy.

Który z tych 10 meczów pana Legii było najlepszy, najbliższy wyobrażeniu drużyny Jacka Magiery?

– Każdy był inny, ale myślę, że chyba ten z Lechią Gdańsk (3:0), choć także nie cały. Tam też były sytuacje do poprawy. I to takie, które wyróżnialiśmy nawet wcześniej. Często jest tak, że z radości po wygranym meczu szybko zapomina się o błędach. Dopiero po porażkach zwraca się na nie uwagę. Nawet jeśli zaczynasz regularnie wygrywać, to i tak zawsze trzeba być gotowy na porażkę. Często kluczowa jest reakcja drużyny. Jak w Kielcach, gdy przegrywaliśmy z Koroną 0:2 i wygraliśmy. Ale też jak z Realem w Warszawie, kiedy szybko straciliśmy gola, ale zremisowaliśmy. Czy nawet teraz z Borussią, kiedy najpierw wróciliśmy na 2:3, potem na 3:6 i cały czas walczyliśmy dalej.

Widzi trener rosnącą dysproporcję między radosną ofensywą Legii, a nieskuteczną defensywą?

– W Europie czy w ekstraklasie?

A nie można tego połączyć?

– Nie, różnica poziomów jest zbyt duża.

To może spójrzmy przez pryzmat Ligi Mistrzów, w której pana Legia traci znacznie więcej goli. Już zapowiedział pan, że ze Sportingiem zamierza zagrać bardziej zachowawczo.

– Zagramy ostrożniej, bardziej konsekwentnie. Także z innym przeciwnikiem, w innej atmosferze – przy pełnych trybunach na własnym stadionie. Będzie zupełnie inaczej. Ale nie można zapominać, że w defensywie gra cały zespół – broni nie tylko Malarz czy Cierzniak i czterech obrońców. Przejście z ataku do obrony i z obrony do ataku, to teraz najważniejsze fazy w futbolu. Piłkarze ofensywni szybko i idealnie wychodzą po odzyskaniu piłki. Teraz dodajmy do tego organizację po jej stracie.

Na pierwszej konferencji powiedział pan, że spróbuje w Legii zdiagnozować problem i podać leki. Co było potrzebne, gdzie był problem?

– Chciałem przede wszystkim odblokować piłkarzy. Stąd ta radość w grze, z treningu, strzelania goli. To jest jak z dzieckiem. Kiedy ono się najbardziej cieszy? Kiedy trafia piłką do bramki. Mieliśmy zacząć od 0:0? Nie. Zacznijmy od 1:0, 2:0, 3:0, choć zaraz będzie 3:3. Ale najpierw się cieszmy. To samo miałem w Sosnowcu. Zagłębie prowadziłem w 11 meczach, Legię w dziesięciu. Wiecie, ile w nich padło goli?

Ile?

– 86, czyli średnio ponad cztery na mecz. Piłka to rozrywka, nie zapominajmy o tym.

Jest to chyba spójne z wizją właścicieli, którzy wiedzą, że na trybuny mogą ściągnąć więcej kibiców tylko dzięki atrakcyjnej grze, gwiazdom błyszczącym w ofensywie. Taką, jaką kiedyś w Warszawie był Danijel Ljuboja.

– Gdy odprowadzałem w czwartek córkę do przedszkola, to od pań nauczycielek usłyszałem, że wszystkim mecz w Dortmundzie się bardzo podobał. Ludzie byli uradowani. Tak, nie zapominam o tym, że straciliśmy osiem goli. Wiem, że będzie mi to wypominane. Ale co z tego?

My wciąż mamy mieszane uczucia. Wydawało nam się, że po pierwszym meczu z Borussią, po pięciu golach straconych w Madrycie, Legia już nie postawi pierwszego kroku. Potem było 3:3 z Realem, po którym spodziewaliśmy się nie tyle gry defensywnej, ile pokazywania, że wnioski są wyciągane. Że np. przy 3:6 z Borussią piłkarze nie będą w ośmiu stali w polu karnym rywala przy rzucie rożnym, narażając się na kontrę, po której zresztą padł siódmy gol.

– Wtedy Christian Pulisic prowadząc piłkę był szybszy od Michała Kopczyńskiego. Z tego też płyną do nas kolejne wnioski.

Tzn. jakie?

– Takie, że trzeba było go sfaulować, narazić się na żółtą kartkę. Tego w Dortmundzie w tych stykowych momentach mi zabrakło – agresji. Ale takich uwag jest więcej. Jestem jednak pewien, że gdybyśmy zagrali cztery mecze na podobnej intensywności w lidze, to byłoby inaczej. Powtarzam: po takim meczu jesteśmy tylko mądrzejsi. Z całym szacunkiem, ale co będziesz wiedział po meczu np. z takim Gryfem Wejherowo? Nic. A po takim w Dortmundzie? Wszystko.

Nie wiem, czy będę trenerem Legii za kilka lat, ale patrzyłem na ten mecz przez pryzmat drużyny na ten rok, następny, a potem kolejne – 2018, 2019, 2020. To jest mój klub. Oczywiście, jestem zły za te stracone osiem bramek – zwłaszcza za ostatnią – ale właśnie o to chodzi, by zrozumieć, że nawet prowadząc 2:0, nie można się dekoncentrować, trzeba zapieprzać do końca. A przygnębienie, smutek? Jest, ale też bez przesady. Czytałem, że w Europie piszą o szalonym meczu, w Polsce z kolei widziałem opinie, że ten wynik to hańba. Nie, nie jest hańbą to, że jesteśmy słabsi. Po prostu pracujmy. Pracujmy po to, by stać się lepsi. Spójrzmy na to tak, że strzeliliśmy cztery gole więcej, niż w pierwszym meczu [Legia we wrześniu przegrała z Borussią 0:6], więc jesteśmy lepsi w ofensywie. W defensywie nie zrobiliśmy progresu, ale to nie znaczy, że go nie zrobimy. Takie mecze pomagają najbardziej.

Lista wniosków po meczu z Borussią jest dłuższa w porównaniu np. do spotkania z Jagiellonią?

– Oczywiście. Widać to nawet po zachowaniu zawodników – przed, w trakcie i po meczach. Nie da się porównać tego meczu do spotkania w polskiej lidze, gdzie na stadionie jest kilka tysięcy ludzi, a na Borussii jest 55 tys, na Realu – ponad 70 tys. To są inne emocje, poziom koncentracji, stresu. Wchodząc do szatni w przerwie meczu w Kielcach, gdy przegrywamy 1:2, widać po piłkarzach, że mają poczucie, że dadzą radę odrobić straty. Zupełnie inne twarze są po pierwszej połowie spotkania w Dortmundzie, kiedy jest 2:5. Spoglądam na nich i widzę, że pierwsza myśl jaką mają w głowach to, co zrobić, by nie stracić więcej.

Po przerwie wcale tak to nie wyglądało. Spodziewaliśmy się uspokojenia gry, a tempo dalej było szalone.

– Moi analitycy wszystkie mecze nagrywają z góry. Wybierają elementy gry, na które wcześniej zwracaliśmy uwagę na odprawie i w przerwie pokazują mi klipy. Najpierw ja je oglądam, potem decyduję, co obejrzeć wspólnie. W Dortmundzie też od tego zacząłem, ale ostatecznie piłkarzom nie pokazaliśmy nic. Powiedzieliśmy im tylko o dwóch, trzech rzeczach w defensywie, które mają poprawić – m.in. grać bliżej siebie. Ale to wszystko. Przekaz bardziej dotyczył ataku. Tego, że dalej mamy gonić. Że niezależnie od czasu i wyniku grać tak, jakby wciąż wszystko było do odrobienia. Moi piłkarze mają się uśmiechać. Trzeba ten uśmiech przenieść teraz na ekstraklasę. Dla nas taki jeden mecz w Lidze Mistrzów, to nauka na miarę kilkunastu meczów w Polsce.

Ciekawe, że to pragnienie tworzenia widowisk wychodzi od trenera, który w trakcie swojej kariery piłkarskiej był defensywnym pomocnikiem.

– Ale zawsze lubiłem biegać do przodu. Strzeliłem w ekstraklasie 25 goli. Dariusz Gęsior, który też grał na mojej pozycji, pewnie z 60. I tego dziś brakuje mi u defensywnych pomocników. OK, kiedyś grało się bardziej radośnie, ale teraz też można. To robiła także Borussia, gdy zawodnicy z drugiej linii wbiegali za naszą obronę. Tego chcemy u nas, tylko musi być i wymienność pozycji, i dobre czytanie gry, i zrozumienie, kto i kiedy może pozwolić sobie na udział w ataku.

Nie może pan już doczekać się przerwy zimowej?

– Nie, dlaczego?

Na spotkaniu z kibicami powiedział pan: „gdybym dostał zadanie ścięcia drzewa w sześć godzin, to przez cztery ostrzyłbym siekierę”.

– Trening jest bardzo ważny. A my teraz praktycznie w ogóle nie trenujemy. Ale aż tak bardzo nie czekam na zimę. Te wyjazdy na mecze Ligi Mistrzów – stadiony w Lizbonie, Madrycie, Dortmundzie – to wszystko jest zbyt piękne. Cieszymy się z tego i chcemy, by trwało jak najdłużej.

Widać, że przedłużacie sobie tę Ligę Mistrzów nawet tym, że nie wracacie od razu po meczach do Warszawy, tylko dzień później.

– Dbamy o zawodników. W Lizbonie nie było już możliwości tego zmienić, bo plan był uzgodniony przed moim przybyciem. Wszystko było zarezerwowane – czarter, hotel, kolacja. Mecz skończyliśmy o 23, potem dwóch piłkarzy zostało wybranych do kontroli antydopingowej – jednemu zajęło to kilka minut, a drugiemu godzinę. Zjedliśmy posiłek na stadionie, pojechaliśmy na lotnisko i była druga w nocy. Odprawa, przygotowanie do odlotu – trzecia. Wracamy na nasz stadion i jest 6.30. Do tego za dwa dni mamy kolejny mecz. A gdzie miejsce na sen, regenerację? Dlatego stwierdziliśmy, że będziemy zostawać ten jeden dzień dłużej, z treningiem rano, odnową i spokojnym powrotem do Polski. Zasada jest taka: jeśli wrócisz do pierwszej w nocy, to jest w porządku. Ale po tej godzinie po prostu lepiej zostać, bo zaburza to funkcjonowanie zawodnika, też jego rodziny. A później efekty są takie, że na boisku brakuje piłkarzowi tej sekundy. W Dortmundzie czasem nawet pół sekundy, to było dużo – przy doskoku do przeciwnika, przesuwaniu linii, zamykaniu rozegrania. Ale też dlatego, że tam są szybsze boiska. U nas jest inny gatunek podłoża, inna trawa, dłuższa. To wszystko się czuje, robi różnicę.

Widzi pan różnicę między pierwszym wejściem do szatni Legii, a tym jak ona wygląda teraz?

– Pierwsze wejście do szatni, to zawsze jest trudny moment, coś nowego. Ci, którzy mnie znają, wiedzieli czego się spodziewać. Ale inni nie. Ja również wiele słyszałem i czytałem o tym, co dzieje się w Legii. Natomiast nigdy nie wyrabiam sobie opinii na podstawie relacji osób trzecich. Wchodząc do szatni po raz pierwszy, widziałem, że brakuje odpowiedzialności jeden za drugiego. Od razu rzucało się to w oczy. Mogło być to nieświadome zachowanie, albo po prostu nie było wcześniej priorytetem. Nie wiem, nie wnikałem. Po prostu zacząłem nad tym pracować. Dlatego pierwsza odprawa przed meczem ze Sportingiem w Lizbonie nie tylko dotyczyła rywali, ale też tego w jakim klubie jesteśmy, jaka jest historia Legii, co to znaczy w niej występować. Zrobiłem na ten temat krótką prezentację. W budowie tej świadomości u piłkarzy na pewno bardzo pomogło mi przekonujące zwycięstwo z Lechią. Ale druga połowa ze Sportingiem też. Choć w sumie i pierwsza, bo w Lizbonie nawet nie zaczęliśmy źle – wyszliśmy wysokim pressingiem i to nam się udawało. Ale znowu proste błędy okazały się decydujące – najpierw przy stałym fragmencie, a potem tuż przy naszej ławce rezerwowych, gdzie jeden z rywali wjechał z piłką bez przeszkód między dwóch rywali.

A czego pana uczy ta Liga Mistrzów?

– Mam teraz tysiące myśli w głowie. Co powiedzieć piłkarzom przy takim prowadzeniu Borussii? „Nic się nie stało” – tylko się ośmieszę. Załatwić sprawę krzykiem? Do nich to nie dotrze, nic nie da w tej chwili. Dlatego w Dortmundzie przekaz był następujący: głowa do góry, próbujemy dalej. Ale tych wniosków jest tak dużo, że nie da się ich wszystkich opisać, a czasami nawet trudno je ubrać w słowa. Zresztą popełnić błąd, to jedno, wyciągnąć wnioski – drugie, a coś z tym zrobić – trzecie. Dlatego porozmawiajmy o tym w przyszłości.

Rozmawiali Bartłomiej Kubiak i Michał Zachodny

Legia.sport.pl