Wpisy

Media o Jacku Magierze po meczu z Realem Madryt

Legia.net

Odważne i słuszne decyzje Magiery – Trener Legii Warszawa znów zaskoczył. Posadził na ławce reprezentanta Polski, człowieka, od którego Stanisław Czerczesow rozpoczynał ustalanie składu, czyli Tomasza Jodłowca. W jego miejsce desygnował do gry Michała Kopczyńskiego, wychowanka klubu, który ostatnio jednak grał mało, a trzy dni wcześniej zagrał w rezerwach. Okazało się, że była to decyzja słuszna. „Jodła” jest przemęczony, od stycznia nie miał wolnego, a „Kopa” zagrał bez kompleksów i naprawdę dawał radę. O porównaniu początku meczu z Realem do spotkania z Podbeskidziem już było. Ale Magiera cały czas myślał o wygraniu tego meczu. Może wziął sobie do serca okrzyki kibiców „Tylko zwycięstwo z Realem tylko zwycięstwo”, a może już taka jego natura. Sam podkreślał, że w sporcie zawsze trzeba grać o wygraną, bez względu na to z kim się gra. I tak wynik 2:2 nie interesował „Magica”. Przy remisie nie nakazał zespołowi tego by się cofnąć, nie wprowadził do gry piłkarzy defensywnych. Przeciwnie, pojawili się Aleksandar Prijović i Michał Kucharczyk i obaj mieli za zadanie atakować, robić zamieszanie z przodu. Udało się, bo to po zagraniu „Prijo” do siatki na 3:2 trafił Thibault Moulin. Po meczu Magiera mówił, że nie on zatrzymał Real ale piłkarze, którzy świetnie wykonali zadania taktyczne, budowali akcje tam, gdzie były luki między formacjami. To kolejna niesamowita historia, że Legia by dać szansę trenerowi, który cały czas był pod ręką, najpierw musiała zatrudnić szkoleniowca, który obrzydził wszystkim futbol. Taki wynik jak wczoraj buduje autorytet trenera.

Autor: Marcin Szymczyk / Źródło: Legia.Net

Przeglad Sportowy

Jackowi Magierze stawiamy szóstkę. Z plusem. Jeżeli ktoś miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości czy to odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu – już nie powinien ich mieć. Trener Legii w spotkaniu z Realem udowodnił, że zna się na swoim fachu.

Większość szkoleniowców na jego miejscu wystawiłaby skład na wskroś defensywny, licząc na to, że jakimś cudem uda się zatrzymać ofensywę Królewskich. Atak pewnie tworzyłoby dwóch, trzech szybkich piłkarzy, umiejących grać z kontry. A nuż się uda.

Zamiast tego Magiera postanowił z Realem zagrać na swoich warunkach. W ataku Nemanja Nikolić, wspierany przez ofensywne trio: Guilherme, Vadis Odjidja i Miroslav Radović. Odważnie, ale jak się miało okazać – skutecznie.

Mecz dla legionistów zaczął się fatalnie. W pierwszej minucie gola dla gości strzelił Gareth Bale i wydawało się, że Królewscy przy Łazienkowskiej wygrają bez żadnego problemu. Magiera zamiast nerwowych ruchów, spokojnie podpowiadał swoim piłkarzom zza linii bocznej wprowadzając kolejne drobne korekty. Legia z minuty na minutę grała coraz lepiej, ale to Real strzelił drugiego gola i wydawało się, że ma mecz pod kontrolą.

Na szczęście chwilę później trafił Odjidja i było 1:2. Mina trenera Magiery po bramce pomocnika była taka sama, jak po bramkach dla Realu – kamienna twarz. I chyba tym spokojem szkoleniowiec mistrzów Polski zaraził swoich zawodników w przerwie.

Gospodarze od początku drugiej połowy dobrze się bronili i groźnie kontrowali. W 69. minucie Magiera dokonał pierwszej zmiany, z boiska zszedł niewidoczny Nikolić, którego zastąpił Michał Kucharczyk. Skrzydłowy miał stwarzać zagrożenie przy kontrach i ze swojego zadania wywiązał się świetnie, bo kilka razy dobrze zabrał się z piłką. A że oprócz tego sporo pracował w defensywie, zasłużył na pochwały.

Kolejne zmiany tylko potwierdzały tezę, że Magiera nie zamierzał się bronić. Świetnie grającego Radovicia zastąpił Aleksandar Prijović, który zaliczył asystę przy golu na 3:2 dla Legii.

Złe decyzje Magiery? Brak. Zostawienie Tomasza Jodłowca na ławce? Strzał w dziesiątkę. Reprezentant Polski jest bez formy, a dziś duet Michał Kopczyński – Thiabault Moulin spisał się wybornie. Dobrze w odbiorze, nieźle w rozegraniu. Francuz oprócz tego dołożył bramkę, więc tym bardziej zasługuje na pochwały.

Warto podkreślić świetną grę obrońców Legii, w szczególności Bartosza Bereszyńskiego i środkowych obrońców: Michała Pazdana i Jakuba Rzeźniczaka. Wszyscy doskonale wiedzieli co mają robić i wywiązywali się ze swoich obowiązków wzorowo.

Autor: Łukasz Grabowski / Przeglad Sportowy

RP.pl

Przejął zespół rozbity i ośmieszony. Odbudował Legię błyskawicznie i o mało nie wygrał z Realem Madryt. Czapki z głów.

Taki początek kariery trenerskiej to bez wątpienia powód do dumy. Gdy jednak któryś z dziennikarzy na konferencji prasowej sformułował pytanie, mówiąc: „zatrzymał pan Real”, Jacek Magiera bez cienia aktorstwa czy fałszywej skromności żachnął się: – To nie ja zatrzymałem Real, tylko piłkarze.

Gdy zaczynał pracę w Legii, zastępując pod koniec września zwolnionego po zaledwie trzech miesiącach Besnika Hasiego, wśród kibiców radość mieszała się z wątpliwościami. Radość, gdyż to w końcu prawdziwy legionista, człowiek, którego domem przez lata był stadion przy Łazienkowskiej, oddany klubowi.

Ale znaków zapytania było wiele. Pytano, czy Magiera poradzi sobie z gwiazdami w drużynie odziedziczonej po Albańczyku, zastanawiano się, czy da radę posprzątać bałagan, jaki zastał w Legii. Przecież dopiero na początku tego sezonu został szkoleniowcem pierwszoligowego Zagłębia Sosnowiec.

Oczywiście wciąż jeszcze za wcześnie, by Magierze stawiać pomnik, a nawet miarodajnie go oceniać. Sam trener twierdzi, że jego Legia się tworzy, i to w warunkach bojowych. Dopiero po zimowym zgrupowaniu będzie można z czystym sumieniem mówić, że to jego zespół.

Ostatnio cała praca Magiery z zawodnikami sprowadza się właściwie do przedmeczowych rozruchów. Legia gra mecze co trzy–cztery dni. Nieco przekornie można stwierdzić, że powinien być odrobinę wdzięczny Hasiemu, iż ten poprowadził zespół do porażki (2:3) w Zabrzu z Górnikiem i dzięki temu do napiętego kalendarza nie doszły jeszcze mecze w Pucharze Polski.

Legia ma w ekstraklasie aż dziesięć punktów straty do Lechii Gdańsk. Tej samej, którą w drugim meczu pod wodzą Magiery (a pierwszym ligowym) rozniosła u siebie na Łazienkowskiej aż 3:0.
Brak chemii z Norwegiem

Wraz z przyjściem nowego szkoleniowca w Legii nie zmieniło się wszystko jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. W lidze wciąż mistrzom Polski wiedzie się różnie – już z Magierą na ławce warszawianie przegrali w Szczecinie 2:3, a z Koroną Kielce musieli odrabiać (z powodzeniem) dwubramkową stratę. Jednak wyraźnie widać, że to już nie ten sam rozbity zespół z końcówki kadencji Hasiego.

Zatrudnienie Albańczyka okazało się błędem kosztownym. Szefowie klubu zapewniali, że rozstali się z nim polubownie i nie wypłacili Hasiemu wszystkich należnych mu z tytułu umowy pieniędzy, ale była to tylko gra medialna. Rozstanie z Albańczykiem i jego asystentami kosztowało Legię 1,7 miliona euro. To mnóstwo pieniędzy, nawet dla tak bogatego klubu jak mistrz Polski.

To, że Magiera kiedyś zostanie szkoleniowcem Legii, było pewne. Mówił o tym prezes klubu Bogusław Leśnodorski, także wówczas, gdy w niezbyt przyjemnych okolicznościach Magiera w czerwcu 2015 roku z Legii odchodził. Szkoleniowcem pierwszego zespołu był wówczas Norweg Henning Berg, a Magiera – wychowanek Rakowa Częstochowa i były kapitan młodzieżowej reprezentacji Polski – prowadził zespół rezerw. Grało w nim wielu jego wychowanków z drużyn młodzieżowych (wcześniej pracę z drugim zespołem łączył z funkcją koordynatora drużyny występującej w Centralnej Lidze Juniorów). Między Norwegiem a Magierą nie było jednak chemii.

Kroplą, którą przelała czarę goryczy, był mecz rezerw Legii z Lechią Tomaszów Mazowiecki. Berg zarządził, że na ławce trenerskiej zasiądzie trójka jego asystentów (czytaj: poprowadzą zespół), a w drużynie znalazło się aż dziesięciu zawodników z pierwszego składu. – To był trudny moment. Zaraz po tym meczu kotłowały się we mnie emocje. Miałem wówczas mnóstwo podpowiadaczy – wspominał Magiera tamtą sytuację w rozmowie ze sport.pl. – Byli zawodnicy wysyłali mi nawet esemesy, że powinienem nie siadać na ławce albo w ogóle na ten mecz nie jechać.

Gdy Magiera po 18 latach pobytu w Legii – najpierw w roli zawodnika, kapitana, później wychowawcy młodzieży, asystenta trenerów Dariusza Wdowczyka, Stefana Białasa, Macieja Skorży i dwukrotnie Jana Urbana, a jeszcze później samodzielnego szkoleniowca rezerw – odchodził z klubu, wiadomo było, że wróci.

Leśnodorski w lutym w rozmowie z „Rzeczpospolitą” mówił: – Nie ma bezpośredniej drogi od trenera drugiej drużyny Legii do szkoleniowca pierwszego zespołu. Uważam, że Magiera powinien potrenować seniorów, skompletować swój sztab i nabrać doświadczeń poza naszym klubem. Patrzenie na futbol wyłącznie oczami legionisty jest zbyt wąską perspektywą. Na razie Jacek zdobywa doświadczenia, jestem z nim w stałym kontakcie, bardzo nam wciąż pomaga. Widzę, jak dużo mu dało wyjście na chwilę poza Legię.

Magiera do Warszawy trafił w 1997 roku z Rakowa Częstochowa. 20-letni pomocnik już wtedy był reprezentantem młodzieżówki, miał talent, ale mało kto widział w nim kandydata na gwiazdę. Pierwszy kontakt z Legią nawiązał w przerwie meczu ligowego. Strzelił wówczas gola dla Rakowa, a w korytarzu prowadzącym do szatni zaczepił go kierownik Legii Ireneusz Zawadzki i spytał, czy nie chciałby grać w warszawskim klubie. Chciał.

Grę łączył ze studiami na częstochowskim uniwersytecie. W 2005 roku, już jako zdobywca mistrzostwa i Pucharu Polski, został magistrem historii. Pracę pisał o heraldyce klubów piłkarskich. Powstawała na kolejnych obozach i zgrupowaniach, gdy zaszywał się w pokoju, czytał i pisał.

Nie był bożyszczem tłumów – w Legii zawsze byli piłkarze, którzy potrafili bardziej oddziaływać na wyobraźnię kibiców. Chociażby Aleksandar Vuković, który teraz jest najbliższym współpracownikiem Magiery, odpowiedzialnym za tworzenie atmosfery w zespole i psychologiczne „pompowanie” podopiecznych.

Magiera pozycję w szatni zawsze jednak miał mocną. Po pięciu latach w Legii został włączony do rady drużyny, później został kapitanem. Do dziś starsi kibice wspominają mecz z Wisłą Kraków, w którym gospodarze rozbili pełną gwiazd drużynę aż 4:1, a Magiera strzelił piękną bramkę – piłka po jego uderzeniu w pełnym biegu, zanim wpadła do siatki, odbiła się od poprzeczki. Podobno to jeden z najpiękniejszych dźwięków, jakie można usłyszeć na boisku piłkarskim.
Po co im to było?

Magiera szybko się przekonał, że jego przyszłość jest na ławce szkoleniowej. Notatki z zajęć kolejnych trenerów zaczął robić jeszcze jako nastolatek. Uwielbiał z przełożonymi rozmawiać, zadawać im pytania. To do niego przychodzili młodsi zawodnicy, by im wytłumaczył taktyczne niuanse.

Mecz z Realem pokazał, że naprawdę doskonale rozumie futbol. Można mówić, że Królewscy zagrali na pół, albo nawet na ćwierć gwizdka, ale to Magiera taktycznie ograł Zinedine’a Zidane’a – okrzykniętego już cudownym szkoleniowcem po zdobyciu Pucharu Mistrzów w pierwszym roku samodzielnej pracy. Zespół Magiery potrafił wykorzystać ustawienie rywali, przestrzenie, jakie zostawiał Real i jego ultraofensywna linia ataku. Zidane wypadł jak uczniak, który myślał, że wystawienie czterech napastników da większą liczbę goli. Nic takiego się nie stało, a zawodnicy Legii w miejsca, które zostawiali napastnicy i skrzydłowi rywala, wchodzili śmiało.

Piotr Żelazny/ RP